Teatr jest jak lustro, w którym się przeglądamy

pko

Mecenas spektaklu „Za lepsze czasy”

Z Jackiem Kałuckim, aktorem, autorem sztuk rozmawia Elżbieta Podolska

IMG_0679

Już niebawem odbędzie się w Scenie na Piętrze polska prapremiera sztuki „Za lepsze czasy“ Jacka Hempla z Jackiem Kałuckim i Markiem Siudymem w rolach głównych i reżyserii Macieja Wojtyszki. Mecenasem spektaklu jest Bank Pekao SA. To będzie już trzecie spotkanie z Panem A i Panem B. Jak bardzo zmienili się bohaterowie przez te lata?

–  Przede wszystkim są o parę kilogramów starsi i niewątpliwie mądrzejsi. Od 2004 roku kiedy powstała sztuka „Jakoś to będzie” do dnia
dzisiejszego wiele się działo. Szczególnie ostatnie czasy przysporzyły nam sporo zwrotów akcji. Tutaj upatruje deficyt jeśli chodzi o współczesne komedie polskie.

Czy to komedia o każdym z nas Polaków?

– Właściwie trudno mi określić jaki to jest gatunek. Czy jest to komedia? Czy tragedia? A może tragikomedia? Zależy kto i jak na to spojrzy. Niewątpliwie problemy tyczą każdego z nas i są – jak napisał kiedyś Jan Kaczmarek: „nie angielskie, nie kreolskie, ale nasze, nasze
polskie, nie austriackie, nie jakieś inne, ale rodzinne!” Wydaje mi się że warto czasami przejrzeć się w lustrze i co nieco zweryfikować.

Jakie mamy wady?

– O tym mógłbym długo… Ale to co mnie najbardziej mierzi (poza chamstwem), to dominacja głupoty i chciejstwa nad rozumem, czyli jak
niektórzy delikatnie mawiają; przerost formy nad treścią. Połączone to wszystko z licznymi polskimi kompleksami, daje mieszankę piorunującą!
Zawsze twierdziłem, że najważniejsze resorty to kultura i edukacja. To jest podstawa, źródło wszystkiego – a jak jest u nas każdy widzi.

A czy mamy też jakieś zalety?

– Zalet mamy równie dużo jak i wad. Właśnie jedną z wad jest to, że o zaletach niechętnie mówimy. Albo… odwrotnie!

Jak pracuje się w męskim gronie? To przecież nie pierwsze spotkanie z Markiem Siudymem?

– Dzisiaj z Markiem rozumiemy się bez słów. Zawsze wspominam najszybszy angaż do drugiej mojej sztuki „Będzie tylko lepiej”. Dzwonię do niego
z propozycją, a on: – Z kim mam grać? – Ze mną. – Kto reżyseruje? – Stefan Friedmann. – Gdzie? – scena na piętrze – Poznań. – Kiedy pierwsza próba?! Czasami wystarczy jedno spojrzenie i wszystko jest jasne. Mamy podobne widzenie świata z jego plusami i minusami. Dokładnie wiemy, że białe jest białe a czarne, czarne i nikt nam nie wmówi że… jest odwrotnie!

Nie korciło Pana wprowadzenie też na scenę kobiety?

– Dobrze że Pani dodała „na scenę”, gdyż za sceną grają cztery kobiety: Hela – żona „A”, Anulka – żona „B” oraz jego mamusia oraz Grażynka –
obecnie… a nie powiem(?) Tylko na Boga, nie chciałbym uchodzić za mizoginistę! Uwielbiam kobiety i bardzo je cenię, ale sztuka „Za lepsze czasy” jest powiedzmy takim… męskim gadaniem.

Czy możemy ujawnić, że to Pan jest autorem sztuki, bo do tej pory krył się Pan pod pseudonimem i była to bardzo strzeżona tajemnica?

– Oczywiście że tak. Już zresztą to zdradziliśmy. Kiedy napisałem pierwszą sztukę, jak każdy debiutant byłem niepewny czy to „coś”, jest coś warte. Zwróciłem się do kilku przyjaciół, którzy profesjonalnie władają piórem, aby ocenili moje pisanie. Żeby mieć pełną gwarancję bezstronności, powiedziałem że sprawcą dzieła jest młody gość (to było dawno), który chwilowo wyjechał za Ocean a nazywa się Hempel (nazwisko panieńskie mojej mamy). Moim recenzentom też to było na rękę, gdyż bez żadnych skrupułów powiedzieli co jest złe, a co… bardzo złe – no nie, nie, dobre rzeczy też były! Teraz już tak zostało, a pseudonim jest zalegalizowany w ZAiKS ie.

Co Pana skłoniło do napisania tych trzech tekstów?

– Mówiąc najkrócej – sprzeciw i bunt. Nigdy nie mogłem pogodzić się z wszechobecną głupotą i niesprawiedliwością. W szkole dostawałem uwagi
i dwóje. Na studiach… też dłużej studiowałem. W stanie wojennym raz oberwałem pałami a innym razem przesiedziałem na „dołku”. Dzisiaj także chcę się wypowiedzieć, coś zamanifestować… jak mawiał Wojtek Młynarski: „róbmy swoje, może to coś da?”

Pisze Pan także teksty do czasopism. Czy słowo pisane to Pana pasja tak samo jak aktorstwo?

– Właściwie już wszystko powiedziałem powyżej. Mogę jedynie dodać, że to lubię i coś po mnie zostanie. Praca w teatrze jest ulotna…

Zawsze chciał Pan zostać aktorem?

– Chyba tak… Wcześniej pamiętam przewinął się „marynarz”, później „prawnik”, był także „lekarz”, „architekt”, „as wywiadu”, jakiś „sportowiec”…. na końcu stwierdziłem żeby być „wszystkim” najlepiej zostać aktorem!

To bardzo ciężki zawód, wyczerpujący, absorujący. Jaki ma Pan sposób na powrót do rzeczywistości?

– Staram się mimo wszystko nie odrywać od rzeczywistości. Jest to niekiedy trudne – przyznaje, ale nie dajmy się zwariować. Lekarstwem
jest rodzina, codzienne kłopoty, podróże, a i od czasu do czasu kufel piwa w miłym gronie.

Scena na Piętrze to miejsce, do którego Pan wraca co jakiś czas? Dlaczego?

– Bo to miejsce jest magiczne – serio! Coś tam jest takiego, że chce się tam grać i wracać. Mała, fajna scena i kameralna widownia. Romuald
Grząślewicz, który czuwa nad wszystkim niczym Anioł Stróż, podobnie jak Piotr Skrzynecki nad Piwnicą pod Baranami. Wspaniały Piotrek Żurowski i jego muzyka pełna poezji. Cały zespół techniczny. No i przede wszystkim publiczność – szalenie teatralna, wymagająca i obiektywna. Przyznam że tradycyjne rozmowy z widzami przy kieliszku wina po spektaklach, dają impuls do dalszego działania, inspirują. Druga sztuka „Będzie tylko lepiej” powstała właśnie za namową między innymi wspaniałej poznańskiej publiczności. Jeśli mógłbym coś dodać, to… niech tak zostanie!

Brak możliwości komentowania