Pełnokrwisty i sugestywny, czyli Roman Wilhelmi na ekranie

Maciej Nowak, dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu, krytyk kulinarny, który kocha czytać książki, pamięta o historii, ale teatr dzięki niemu kroczy szybkim marszem do przodu. Docenia pracę aktorów i starannie dobiera zespół w swoim teatrze. Wilhelmiego lubi przede wszystkim za dwie jego kultowe role Roberta Fornalskiego w „Zaklętych rewirach” i Nikodema Dyzmę w „Karierze Nikodema Dyzmy”.

74217863_779787045793312_930860296560443392_n

Czy miał Pan okazję widzieć Romana Wilhelmiego w teatrze?

Niestety, nie widziałem go ani razu na żywo. Widziałem go oczywiście w filmach.

W jakiej roli zapamiętał go Pan najlepiej?

Zapamiętałem go najbardziej w dwóch legendarnych rolach, do których często wracamy, czyli „Zaklęte rewiry”. To także z racji mojego drugiego zawodu. Ten film bardzo działa na wyobraźnię. Powieść, na podstawie której film został nakręcony, w sposób doskonały zapisuje stosunki społeczne panujące na zapleczu restauracji, ale Wilhelmi nadał temu pełnokrwistość, brutalność, ale i wdzięk. Wielka rola. Kiedyś, bardzo dawno już po obejrzeniu tego filmu, ale byłem trochę młodszy niż teraz, jeszcze za czasów socjalistycznych, trafiłem w Pradze do tego hotelu, w którym to się toczy. Wilhelmi już wtedy nie żył, ale ja wypatrywałem, czy jednak gdzieś się nie pojawi, a może młody Kondrat nie będzie jako piccolo obsługiwał. To jest fascynujące, że Wilhelmi stworzył postać tak wielobarwną, tak sugestywną, że przetrwała do dzisiaj. Nawet niedawno oglądałem ten film znowu i nic nie ma tam anachronicznego.

Druga rola Romana Wilhelmiego zapamiętana przez Pana to niesamowity Nikodem Dyzma. Dlaczego akurat ta postać?

Analogiczne myśli mam związane z jego rolą Nikodema Dyzmy. To jest tak przenikliwe, zarówno w oryginale literackim, jak i w tym, jak Wilhelmi tę postać stworzył, bo paradoksalnie Dyzma nie jest głupkiem. Wilhelmiemu udało się dokładnie tak pokazać tę postać, że jest to ktoś niesamowicie przenikliwy, kto wykorzystuje słabości otoczenia i głupotę otoczenia.

Wie, kiedy być głupkiem…

Mam wrażenie, że dzisiejszy czas zupełnie nadaje tej postaci nowe tony. Gdy na początku roku osiemdziesiątego ubiegłego wieku ten film powstawał, w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, my trochę nie wiedzieliśmy, co to jest to drobnomieszczaństwo, co to jest burżuazja, co to są stosunki kapitalistyczne, co to jest wyzysk, co to są te wszystkie akcje, obligacje, giełdy. Była to dla nas raczej abstrakcja. Taka filmowa. Dzisiaj po trzydziestu, prawie po czterdziestu latach takiego burzliwego i bezczelnego rozwoju kapitalizmu w Polsce te postaci z tej powieści i filmu spotykamy na co dzień w naszym życiu. Takich samych hochsztaplerów, oszustów. Tych takich postaci podszywających się po innych nasza trzydziestoletnia niepodległość zna bardzo wielu, poczynając od Anastazji P.

To jest fascynujące, jak ten film i rola w wykonaniu Romana Wilhelmiego oparła się upływowi czasu, i że to jest, znowu niedawno widziałem jakiś fragment Dyzmy, szyderstwo i okrutna krytyka społeczna, obnażenie głupoty eleganckiego towarzystwa, pełnego frazesów. Jak to jest nadal aktualne! Dokładnie my wśród takich osób się poruszamy. Wśród tych wszystkich, jak to się mówi dzisiaj, „prestiżowych” ludzi.

Dzisiaj można się zastanawiać, co dzisiaj znaczy to słowo prestiż.

Wie Pani, ja już trochę ponad cztery lata funkcjonuję w Poznaniu. Dzisiaj już wiem, że to słowo prestiż jest bardziej używane w tym mieście niż w innych. Bardzo często słyszę tutaj, że coś jest prestiżowe. To słowo, z całą pewnością, jest ze świata Nikodem Dyzmy, stworzonego przez bohatera naszej rozmowy. Znam Romana Wilhelmiego wyłącznie z ekranu, z filmów, ale zauważyłem, że jest otoczony kultem w Poznaniu. Jest pomnik, jest tablica. Jest mnóstwo śladów Wilhelmiego w tym mieście. To pokazuje, że aktorzy są nieśmiertelni. Smutno, że nie ma go z nami wśród żywych, ale przecież jest obecny, bo rozpala wyobraźnię przez tyle lat po swojej śmierci.

Rozmawiała Elżbieta Podolska

Fot.E.Podolska

Brak możliwości komentowania